Sztuka Przejdź do:

test


Gdybym dzisiaj miał wydać milion złotych na obrazy polskich malarzy współczesnych, to kupiłbym...
Być może, jak kiedyś doniósł „Newsweek”, spośród 2500 prawdziwych dzieł, które namalował Jean-Baptiste Camille Corot, tylko w samych amerykańskich zbiorach jest ich... 7800. Dzieła polskich artystów współczesnych jeszcze nie mają takiego powodzenia, co daje pewną gwarancję ich nabywcom, ale można sobie pomarzyć, że nie byłoby źle dożyć czasów, w których na 749 namalowanych przez Sasnala obrazów, ponad 2 400 znajduje się w zbiorach europejskich.

Obraz Rembrandta, przedstawiający Arystotelesa kontemplującego popiersie Homera, być może nie jest dziełem Rembrandta, a tylko jego ucznia, który tak dobrze pojął lekcje mistrza, że nigdy nic więcej nie osiągnął i w konsekwencji jego imię przepadło w mrokach historii. Popiersie Homera być może nie jest Homerem, a postać męska nie jest Arystotelesem.
test
Jak w kolejach losu, wspomnianego przeze mnie na początku obrazu Rembrandta, zawiera się co najmniej kilka „przypowieści”, z których każda ma swój własny morał, tak w ewentualnych naszych przygodach ze sztuką, kupioną lub tylko zobaczoną, kryją się różne doświadczenia i nauki. Niektóre dostępne tylko na tym terenie.

Heller kończy swoją książkę słowami:
Bo przecież upodobanie do sztuki nie jest obowiązkiem żadnego z nas, a już na pewno nie fascynacja, która może nas kosztować majątek. W żadnym razie jednak nie stracimy na tych wypadach, bo wiedzieć czego się nie chce i dlaczego, jest równie dobre, jak wiedzieć czego się chce.
test
Ale mając do wydania milion złotych, śmiało możemy wyruszyć w podróż, która nam większość tych skarbów przybliży, stawi przed oczy na odległość kilkunastu centymetrów. Warto to zrobić raczej etapami i dawkować bez przesady. Dopiero wtedy nabierzemy wyobrażenia o tym, czy rzeczywiście ten świat nas pociąga, czy oferuje nam coś wartościowego, bliskiego, czy też może odstręcza, nudzi, tumani.
W Polsce jest bardzo niewiele miejsc, gdzie moglibyśmy znaleźć i obcować ze sztuką współczesną, prawie wcale nie ma w naszych zbiorach publicznych dzieł z najwyższej półki, z najczystszych źródeł XX i XXI wieku, czyli z zagranicy.
test
To pierwsza i jedyna na razie tego rodzaju publikacja na naszym rynku. Dowiemy się całkiem sporo, bo autorzy są młodymi, ale już doświadczonymi kolekcjonerami, i jak widać społecznikami-edukatorami. Nie całkiem bezinteresownymi, ponieważ kolekcjonerom zależy na towarzystwie im podobnych, więc wymienieni panowie są wzorowo interesowni. Nie będę streszczał zawartości tej książki, ale podpowiem, że chętni znajdą w niej dobre rady i wskazówki na początek, wiele adresów internetowych (to dzisiaj podstawa na tym rynku – blogi i strony krytyków, witryny muzeów i galerii, kalendarze aukcji i wystaw, oferty i strony artystów, wydawnictw etc., oczywiście nie tylko polskich). Potem trzeba to zwizytować, poddać się klimatom, zastanowić i… wyruszyć w teren. Bo, jak radził Ernst H. Gombrich – autor słynnej książki "O sztuce", którą koniecznie trzeba przeczytać, jeśli się jej wcześniej nie miało w rękach – dzieło sztuki zawsze należy poznać w oryginale. Muzea, galerie, aukcje, itp. również. Zanim się w to wejdzie naprawdę, zafundujmy sobie kilka pasaży do przejścia, rzecz jasna pokonywanych specyficznym krokiem flaneura.
Pod hasłem: „kolekcjonowanie sztuki najnowszej”, przeglądarka pewnie wyrzuci na pierwszym miejscu listy hasło ArtBazaar. W końcu idzie o to jak kupić, a nawet sprzedać. Tam dowiemy się, że istnieje książka napisana przez prowadzących stronę artbazaar.blogspot.com Piotra Bazylko i Krzysztofa Masiewicza, która nosi tytuł "Przewodnik kolekcjonera sztuki najnowszej" (korporacja ha!art i bęc zmiana, wsparcie Grupy ING oraz Fundacji Sztuki Polskiej ING, 2008).
Zanim oglądniemy się za doradcą, zagooglujmy. Internet uchyla dzisiaj drzwi do wszystkiego.
test
Nie zatrudniony pośrednik, lecz jego pracodawca. Bo osoba kolekcjonera, jego osobowość, klasa, determinacja, konsekwencja staną się pierwszoplanową sprawą w dalszej współpracy. Będą wpływać na warunki transakcji, na kwestię dostępności dzieł, na szybkość informacji z pierwszej ręki, docierającej do mecenasa. A to wszystko składa się na jakość kupowanej sztuki, jej kolekcjonerską wartość i wartość finansową. W tym świecie ważne są pieniądze, ale przede wszystkim osobowość.
Warto podpowiedzieć, że w toku robienia zakupów - galerię, marszanda oraz artystę, jeśli do niego jakoś dotrzemy pomijając pośredników z rynku sztuki, bardzo szybko zainteresuje kim jest nabywca.
Nie da się po prostu scedować roli kolekcjonera/inwestora na wynajętego kuratora, choć bez stosownego doradcy trudno ruszyć z miejsca. On pewnie wskaże nam poprawnie jakieś dzieła i nazwiska warte zainteresowania (w swoim mniemaniu i według swojej hierarchii, opartej na swoich kryteriach). Jak jednak wybrać tego najodpowiedniejszego dla nas znawcę? Z wielu przecież… Kto doradzi, na kogo warto postawić? Kto poleci tego, który może doradzić, jakiego wybrać doradcę? Itd., itp.
… to kupiłbym…

Nie wierzę, że ktokolwiek, a już na pewno nie człowiek interesu wyda ot, tak sobie milion złotych na dzieła sztuki, i to współczesne. Chyba, że zakochany albo szalony. Nie kupowałbym więc, ale zastanowił się najpierw, jak do tego podejść. Kupić parę dzieł dla ozdoby mieszkania, rezydencji, żeby coś za fotelem prezesa zawisło na ścianie, owszem można, poprzestając na naradzie z żoną, rodziną, zaufanym pracownikiem, zdając się na własny gust. Ale kupić i traktować to jako inwestycję lub zaczątek kolekcji, to już całkiem inna sprawa. Obojętnie jaką drogę obierzemy, niezbędnym będzie poświęcenie tej sprawie czasu, ale także „serca”. Ważne są emocje,  ale one muszą być prawdziwe, wtedy dopiero pojawia się wiara i sens. I ważna jest otwartość wobec tej nowej – jeśli nowa dla naszego wirtualnego kupca – rzeczywistości, w jakiej żyje świat sztuki, i zdolność uczenia się, także na błędach.
Świadomość tego stanu rzeczy musi być obecna w myśleniu człowieka, który chce wydać milion na sztukę. Co nie znaczy, że ma go ona paraliżować. 
W ostatnich latach powstało w Polsce kilka prywatnych kolekcji, kilka zostało stworzonych przez korporacje inwestujące w naszym kraju. Nie brakuje młodych utalentowanych artystów, co zostało zauważone tu i ówdzie zagranicą. Perspektywy dla biznesu, mimo kryzysu, też nie są najgorsze. I jest to biznes, który już trochę okrzepł w bojach, sięga po powszechne w świecie standardy, także te związane z wizerunkiem przedsiębiorcy i jego firmy. 
Sięgnięcie po sztukę może się temu przysłużyć, a w dłuższej perspektywie nawet opłacić. Bo sztuka jest już powszechnym rynkiem inwestycyjnym w globalistycznej gospodarce. Kto wie, może ten niezbyt zachęcający obraz, jaki przedstawiłem na wstępie, nie powinien zniechęcać, ale zachęcać do iście pionierskich zadań.
To też charakterystyczny rys naszego myślenia: 
artysta=malarz
sztuka=obraz. 
A świat od dawna handluje: fotografiami, instalacjami, video artem, tzw. „efemerami” (dziełami istniejącymi czasem tylko chwilowo, czasem wyłącznie w opisie, a czasem wręcz jedynie w wypowiedzi artysty – werbalnej lub jakiejś innej, np. parateatralnej). 
O rzeźbie, szkle, ceramice, biżuterii nie wspominając.
test
Miłośnicy sztuk pięknych w Polsce nie bardzo potrafią się zorganizować, by wyrazić swoje zainteresowanie sztuką i podzielić swoją pasję ze społeczeństwem. Jeszcze mniej robią, by zgromadzić wartościową kolekcję i udostępnić publiczności, edukując ją przy okazji znanymi sposobami, takimi jak odczyty – popularne i naukowe, spotkania z artystami, otwarte dyskusje, wydawnictwa. W Polsce ludzie zajmują się sztuką w niewielkim stopniu, spychając to na instytucje do tego powołane. Ale instytucji takich jest również mało i są na ogół biedne, bo skoro tak niewielu tym się interesuje, to dlaczego państwo i samorządy miałyby się do tego przykładać ponad potrzebę, prawda? Wolny milion na zakupy współczesnych dzieł, to również w rocznych budżetach naszych muzeów narodowych kwota wymarzona. Kultura, mimo deklaracji, jest u nas poniekąd fasadą, i fasadami są jej instytucje. „Misja”, pojęcie często u nas spotykane, ale rzadko posiadające swoje realne wcielenia, wyklucza albo co najmniej marginalizuje, rolę pieniądza w kulturze. Jak mam się w tej sytuacji zachować? 
Myślę o owym milionie
jaki mógłbym wydać na 
„obrazy współczesnych malarzy polskich”…
Trochę oszołomiła mnie kwota wymieniona w tym pytaniu, bo milion złotych to niemal dwuletnia dotacja, jaką otrzymują w ramach akcji „Znaki czasu” lokalne „Zachęty” – towarzystwa miłośników sztuk pięknych, które powstały parę lat temu z inicjatywy ówczesnego ministra kultury Waldemara Dąbrowskiego w piętnastu miastach Polski. Otrzymują ją z dwóch źródeł: ministerstwa oraz samorządu. Pół na pół. Napomknę ponadto, że owe towarzystwa powstały z inicjatywy odgórnej, nie oddolnej.
test
Mój (znajomy) menedżer podsunął mi takie zadanie-pytanie, bym odpowiedział, może podpowiedział, a może rozwinął… Zwinął? Milion złotych? Zajmuję się sztuką współczesną, dociekam jej wartości jako krytyk, ale rzadko myślę o wartości wyrażanej w złotówkach – o dolarach, euro czy funtach nie mówiąc. Nie muszę, bo rynek sztuki u nas stanowi margines życia artystycznego (i biznesowego również), a ja nie jestem kolekcjonerem.


Gdybym dzisiaj 
miał wydać 
milion złotych 
na obrazy 
polskich malarzy współczesnych
to kupiłbym...
– Dlaczego wszyscy ludzie na Pana obrazach spoglądają teraz z takim smutkiem? – zapytał wysoki mężczyzna, pozujący jako model do postaci Arystotelesa. 
– Oni się martwią. 
– O co się martwią? 
– O pieniądze – odparł Rembrandt . 

Portret Arystotelesa artysta malował na zamówienie i za ustaloną z góry cenę 500 guldenów. To była duża suma pieniędzy w ówczesnych Niderlandach, a Rembrandt w tym czasie już by takiego honorarium w Amsterdamie od nikogo nie dostał, gdyż moda na jego obrazy minęła, a on sam znalazł się na krawędzi bankructwa. Szczęściem zleceniodawca, sycylijski arystokrata Antonio Ruffo, nie zdawał sobie z tego wszystkiego sprawy. W roku 1961, po wielu perypetiach, obraz trafił do Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku za rekordową sumę 2. 300 000 dolarów.
Najlepsze lata miał już Rembrandt za sobą, ale swe najlepsze obrazy miał dopiero namalować. (…) 
Osiągnął największy sukces twórczy w czasie, kiedy w życiu osobistym ponosił same porażki. Jego nieustanna troska i męczące zabiegi w celu zdobycia pieniędzy spowodowały, że nuta melancholii zaczęła zaznaczać się w rysach namalowanych przez niego postaci, nawet na obliczach Arystotelesa i Homera.
 
Ilekroć myślę o pieniądzach i sztuce, które to zestawienie wciąż nie jest w Polsce ani mile widziane, ani właściwie postrzegane, przypomina mi się fragment książki Josepha Hellera pt. "Namaluj to". 
W eseistycznej formie tym razem, ale nie tracąc nic ze swego specyficznego poczucia humoru, autor "Paragrafu 22" splata tu ze sobą wątki poświęcone Arystotelesowi (i demokracji ateńskiej jego czasów) oraz Rembrandtowi (na tle liberalnego Amsterdamu XVII wieku), oczywiście gwoli wywołania refleksji u całkiem współczesnych czytelników. 
Pozwolę sobie ów fragment przytoczyć:
test
Namaluj to, 
przełożył Iwo Gabriel Jackowski, 
Phantom Press International, 
Gdańsk 1992

milion na sztukę
Mirosław Ratajczak

milion na sztukę
Mirosław Ratajczak


Gdybym dzisiaj miał wydać milion złotych na obrazy polskich malarzy współczesnych, to kupiłbym...
 
Ilekroć myślę o pieniądzach i sztuce, które to zestawienie wciąż nie jest w Polsce ani mile widziane, ani właściwie postrzegane, przypomina mi się fragment książki Josepha Hellera pt. "Namaluj to". 
W eseistycznej formie tym razem, ale nie tracąc nic ze swego specyficznego poczucia humoru, autor "Paragrafu 22" splata tu ze sobą wątki poświęcone Arystotelesowi (i demokracji ateńskiej jego czasów) oraz Rembrandtowi (na tle liberalnego Amsterdamu XVII wieku), oczywiście gwoli wywołania refleksji u całkiem współczesnych czytelników. 
Pozwolę sobie ów fragment przytoczyć:
Namaluj to, 
przełożył Iwo Gabriel Jackowski, 
Phantom Press International, 
Gdańsk 1992
Najlepsze lata miał już Rembrandt za sobą, ale swe najlepsze obrazy miał dopiero namalować. (…) 
Osiągnął największy sukces twórczy w czasie, kiedy w życiu osobistym ponosił same porażki. Jego nieustanna troska i męczące zabiegi w celu zdobycia pieniędzy spowodowały, że nuta melancholii zaczęła zaznaczać się w rysach namalowanych przez niego postaci, nawet na obliczach Arystotelesa i Homera.
– Dlaczego wszyscy ludzie na Pana obrazach spoglądają teraz z takim smutkiem? – zapytał wysoki mężczyzna, pozujący jako model do postaci Arystotelesa. 
– Oni się martwią. 
– O co się martwią? 
– O pieniądze – odparł Rembrandt . 

Portret Arystotelesa artysta malował na zamówienie i za ustaloną z góry cenę 500 guldenów. To była duża suma pieniędzy w ówczesnych Niderlandach, a Rembrandt w tym czasie już by takiego honorarium w Amsterdamie od nikogo nie dostał, gdyż moda na jego obrazy minęła, a on sam znalazł się na krawędzi bankructwa. Szczęściem zleceniodawca, sycylijski arystokrata Antonio Ruffo, nie zdawał sobie z tego wszystkiego sprawy. W roku 1961, po wielu perypetiach, obraz trafił do Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku za rekordową sumę 2. 300 000 dolarów.


Gdybym dzisiaj 
miał wydać 
milion złotych 
na obrazy 
polskich malarzy współczesnych
to kupiłbym...
Mój (znajomy) menedżer podsunął mi takie zadanie-pytanie, bym odpowiedział, może podpowiedział, a może rozwinął… Zwinął? Milion złotych? Zajmuję się sztuką współczesną, dociekam jej wartości jako krytyk, ale rzadko myślę o wartości wyrażanej w złotówkach – o dolarach, euro czy funtach nie mówiąc. Nie muszę, bo rynek sztuki u nas stanowi margines życia artystycznego (i biznesowego również), a ja nie jestem kolekcjonerem.
Trochę oszołomiła mnie kwota wymieniona w tym pytaniu, bo milion złotych to niemal dwuletnia dotacja, jaką otrzymują w ramach akcji „Znaki czasu” lokalne „Zachęty” – towarzystwa miłośników sztuk pięknych, które powstały parę lat temu z inicjatywy ówczesnego ministra kultury Waldemara Dąbrowskiego w piętnastu miastach Polski. Otrzymują ją z dwóch źródeł: ministerstwa oraz samorządu. Pół na pół. Napomknę ponadto, że owe towarzystwa powstały z inicjatywy odgórnej, nie oddolnej.
Miłośnicy sztuk pięknych w Polsce nie bardzo potrafią się zorganizować, by wyrazić swoje zainteresowanie sztuką i podzielić swoją pasję ze społeczeństwem. Jeszcze mniej robią, by zgromadzić wartościową kolekcję i udostępnić publiczności, edukując ją przy okazji znanymi sposobami, takimi jak odczyty – popularne i naukowe, spotkania z artystami, otwarte dyskusje, wydawnictwa. W Polsce ludzie zajmują się sztuką w niewielkim stopniu, spychając to na instytucje do tego powołane. Ale instytucji takich jest również mało i są na ogół biedne, bo skoro tak niewielu tym się interesuje, to dlaczego państwo i samorządy miałyby się do tego przykładać ponad potrzebę, prawda? Wolny milion na zakupy współczesnych dzieł, to również w rocznych budżetach naszych muzeów narodowych kwota wymarzona. Kultura, mimo deklaracji, jest u nas poniekąd fasadą, i fasadami są jej instytucje. „Misja”, pojęcie często u nas spotykane, ale rzadko posiadające swoje realne wcielenia, wyklucza albo co najmniej marginalizuje, rolę pieniądza w kulturze. Jak mam się w tej sytuacji zachować? 
Myślę o owym milionie
jaki mógłbym wydać na 
„obrazy współczesnych malarzy polskich”…
To też charakterystyczny rys naszego myślenia: 
artysta=malarz
sztuka=obraz. 
A świat od dawna handluje: fotografiami, instalacjami, video artem, tzw. „efemerami” (dziełami istniejącymi czasem tylko chwilowo, czasem wyłącznie w opisie, a czasem wręcz jedynie w wypowiedzi artysty – werbalnej lub jakiejś innej, np. parateatralnej). 
O rzeźbie, szkle, ceramice, biżuterii nie wspominając.
Świadomość tego stanu rzeczy musi być obecna w myśleniu człowieka, który chce wydać milion na sztukę. Co nie znaczy, że ma go ona paraliżować. 
W ostatnich latach powstało w Polsce kilka prywatnych kolekcji, kilka zostało stworzonych przez korporacje inwestujące w naszym kraju. Nie brakuje młodych utalentowanych artystów, co zostało zauważone tu i ówdzie zagranicą. Perspektywy dla biznesu, mimo kryzysu, też nie są najgorsze. I jest to biznes, który już trochę okrzepł w bojach, sięga po powszechne w świecie standardy, także te związane z wizerunkiem przedsiębiorcy i jego firmy. 
Sięgnięcie po sztukę może się temu przysłużyć, a w dłuższej perspektywie nawet opłacić. Bo sztuka jest już powszechnym rynkiem inwestycyjnym w globalistycznej gospodarce. Kto wie, może ten niezbyt zachęcający obraz, jaki przedstawiłem na wstępie, nie powinien zniechęcać, ale zachęcać do iście pionierskich zadań.
… to kupiłbym…

Nie wierzę, że ktokolwiek, a już na pewno nie człowiek interesu wyda ot, tak sobie milion złotych na dzieła sztuki, i to współczesne. Chyba, że zakochany albo szalony. Nie kupowałbym więc, ale zastanowił się najpierw, jak do tego podejść. Kupić parę dzieł dla ozdoby mieszkania, rezydencji, żeby coś za fotelem prezesa zawisło na ścianie, owszem można, poprzestając na naradzie z żoną, rodziną, zaufanym pracownikiem, zdając się na własny gust. Ale kupić i traktować to jako inwestycję lub zaczątek kolekcji, to już całkiem inna sprawa. Obojętnie jaką drogę obierzemy, niezbędnym będzie poświęcenie tej sprawie czasu, ale także „serca”. Ważne są emocje,  ale one muszą być prawdziwe, wtedy dopiero pojawia się wiara i sens. I ważna jest otwartość wobec tej nowej – jeśli nowa dla naszego wirtualnego kupca – rzeczywistości, w jakiej żyje świat sztuki, i zdolność uczenia się, także na błędach.
Nie da się po prostu scedować roli kolekcjonera/inwestora na wynajętego kuratora, choć bez stosownego doradcy trudno ruszyć z miejsca. On pewnie wskaże nam poprawnie jakieś dzieła i nazwiska warte zainteresowania (w swoim mniemaniu i według swojej hierarchii, opartej na swoich kryteriach). Jak jednak wybrać tego najodpowiedniejszego dla nas znawcę? Z wielu przecież… Kto doradzi, na kogo warto postawić? Kto poleci tego, który może doradzić, jakiego wybrać doradcę? Itd., itp.
Warto podpowiedzieć, że w toku robienia zakupów - galerię, marszanda oraz artystę, jeśli do niego jakoś dotrzemy pomijając pośredników z rynku sztuki, bardzo szybko zainteresuje kim jest nabywca.
Nie zatrudniony pośrednik, lecz jego pracodawca. Bo osoba kolekcjonera, jego osobowość, klasa, determinacja, konsekwencja staną się pierwszoplanową sprawą w dalszej współpracy. Będą wpływać na warunki transakcji, na kwestię dostępności dzieł, na szybkość informacji z pierwszej ręki, docierającej do mecenasa. A to wszystko składa się na jakość kupowanej sztuki, jej kolekcjonerską wartość i wartość finansową. W tym świecie ważne są pieniądze, ale przede wszystkim osobowość.
Pod hasłem: „kolekcjonowanie sztuki najnowszej”, przeglądarka pewnie wyrzuci na pierwszym miejscu listy hasło ArtBazaar. W końcu idzie o to jak kupić, a nawet sprzedać. Tam dowiemy się, że istnieje książka napisana przez prowadzących stronę artbazaar.blogspot.com Piotra Bazylko i Krzysztofa Masiewicza, która nosi tytuł "Przewodnik kolekcjonera sztuki najnowszej" (korporacja ha!art i bęc zmiana, wsparcie Grupy ING oraz Fundacji Sztuki Polskiej ING, 2008).
Zanim oglądniemy się za doradcą, zagooglujmy. Internet uchyla dzisiaj drzwi do wszystkiego.
To pierwsza i jedyna na razie tego rodzaju publikacja na naszym rynku. Dowiemy się całkiem sporo, bo autorzy są młodymi, ale już doświadczonymi kolekcjonerami, i jak widać społecznikami-edukatorami. Nie całkiem bezinteresownymi, ponieważ kolekcjonerom zależy na towarzystwie im podobnych, więc wymienieni panowie są wzorowo interesowni. Nie będę streszczał zawartości tej książki, ale podpowiem, że chętni znajdą w niej dobre rady i wskazówki na początek, wiele adresów internetowych (to dzisiaj podstawa na tym rynku – blogi i strony krytyków, witryny muzeów i galerii, kalendarze aukcji i wystaw, oferty i strony artystów, wydawnictw etc., oczywiście nie tylko polskich). Potem trzeba to zwizytować, poddać się klimatom, zastanowić i… wyruszyć w teren. Bo, jak radził Ernst H. Gombrich – autor słynnej książki "O sztuce", którą koniecznie trzeba przeczytać, jeśli się jej wcześniej nie miało w rękach – dzieło sztuki zawsze należy poznać w oryginale. Muzea, galerie, aukcje, itp. również. Zanim się w to wejdzie naprawdę, zafundujmy sobie kilka pasaży do przejścia, rzecz jasna pokonywanych specyficznym krokiem flaneura.
W Polsce jest bardzo niewiele miejsc, gdzie moglibyśmy znaleźć i obcować ze sztuką współczesną, prawie wcale nie ma w naszych zbiorach publicznych dzieł z najwyższej półki, z najczystszych źródeł XX i XXI wieku, czyli z zagranicy.
Ale mając do wydania milion złotych, śmiało możemy wyruszyć w podróż, która nam większość tych skarbów przybliży, stawi przed oczy na odległość kilkunastu centymetrów. Warto to zrobić raczej etapami i dawkować bez przesady. Dopiero wtedy nabierzemy wyobrażenia o tym, czy rzeczywiście ten świat nas pociąga, czy oferuje nam coś wartościowego, bliskiego, czy też może odstręcza, nudzi, tumani.
Bo przecież upodobanie do sztuki nie jest obowiązkiem żadnego z nas, a już na pewno nie fascynacja, która może nas kosztować majątek. W żadnym razie jednak nie stracimy na tych wypadach, bo wiedzieć czego się nie chce i dlaczego, jest równie dobre, jak wiedzieć czego się chce.
Jak w kolejach losu, wspomnianego przeze mnie na początku obrazu Rembrandta, zawiera się co najmniej kilka „przypowieści”, z których każda ma swój własny morał, tak w ewentualnych naszych przygodach ze sztuką, kupioną lub tylko zobaczoną, kryją się różne doświadczenia i nauki. Niektóre dostępne tylko na tym terenie.

Heller kończy swoją książkę słowami:

Obraz Rembrandta, przedstawiający Arystotelesa kontemplującego popiersie Homera, być może nie jest dziełem Rembrandta, a tylko jego ucznia, który tak dobrze pojął lekcje mistrza, że nigdy nic więcej nie osiągnął i w konsekwencji jego imię przepadło w mrokach historii. Popiersie Homera być może nie jest Homerem, a postać męska nie jest Arystotelesem.
Być może, jak kiedyś doniósł „Newsweek”, spośród 2500 prawdziwych dzieł, które namalował Jean-Baptiste Camille Corot, tylko w samych amerykańskich zbiorach jest ich... 7800. Dzieła polskich artystów współczesnych jeszcze nie mają takiego powodzenia, co daje pewną gwarancję ich nabywcom, ale można sobie pomarzyć, że nie byłoby źle dożyć czasów, w których na 749 namalowanych przez Sasnala obrazów, ponad 2 400 znajduje się w zbiorach europejskich.

Wykłady

Zobacz wszystkie
wróć do góry

Warto zobaczyć

Warto zobaczyć

Nasze publikacje

Okładka

Budowanie wizerunku i relacji

Piotr Tymochowicz
Okładka

Inwestycje alternatywne

Mirosław Wróbel
Okładka

Stany lękowe

Tomasz Piss,
Jan Kaczmarek
Okładka

Pamięć dla sukcesu

Marek Szurawski
Okładka

Etykieta

Zdzisława Walkowiak

Oferty

Sztuka

Zobacz inne teksty

Kryzys

Kryzys

Kryzys